wtorek, 6 czerwca 2017

Warszawa dzień III

Jedziemy dalej! :)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
18 sierpnia 2013. Warszawa, Polska.

Obudził mnie ogień artylerii, co jest do jasnej ... przecież mieli nie strzelać! Schodzę na dół, do pomieszczenia dowodzenia.
-Arnie, co się do cholery dzieje?!
-Myślisz, że wiem? Kawy? - pyta, kierując się w stronę ekspresu.
-Z wielką chęcią, jakby jeszcze coś na ząb było, nie chcę żeby mi żołądek wysadziło.
-Aż tak?
-No niestety, zjeść mogę wszystko, ale kawa na pusto nie przejdzie, choćby nie wiem co.
-Poruczniku, dajcie coś z naszych zapasów.
Widzę jak wspomniany oficer idzie do pokoju z napisem "Magazyn" i za chwilę wraca z ... całym pętem kiełbasy!
-O rzesz, a skąd wy to ...
-Turcy skoczyli na Zachodni i przejęli dwa pociągi pełne zaopatrzenia.
-Czyli płynne dobro też tam było?
-Pewnie, tylko te kebaby sobie wzięły, w zamian za kiełbasę i inne smakołyki. Z tego co widzę, to podpieprzyliśmy zaopatrzenie dla ich dowództwa w tym regionie.
-No to się nie najedzą i bardzo dobrze - ukrajam sobie spory kawałek, chyba jałowcowej, sądząc po zapachu. - Osz jasny piorun! - znowu zaciąłem się w palec. Wszyscy w pomieszczeniu wraz z generałem wybuchają śmiechem.
-Zrobiłeś to celowo? - pyta pomiędzy salwami głośnego chichotu Arnold.
-Tak, a Putin to mój ojciec. Dajcie plaster, ewentualnie taśmę izolacyjną.
-Łap! - mówi łącznościowiec, rzucając mi rolkę ciemnej taśmy. Wykorzystując dwie chusteczki do nosa, robię sobie coś na wzór opatrunku.
-Sprytna prowizorka.
-Aj daj spokój, nauczyłem się kiedyś to robić i teraz wykorzystuję tam gdzie mogę.
-Ciekawe, co z tym raportem odnośnie tego ostrzału - zwraca się do postaci siedzącej przed nim.
-Wysłaliśmy F-14 na zwiad, jak do tej pory cisza.
-Kto poleciał?
-Sabro i Viper.
-Moment, że kto?
-No, Szalbierz i jego operator radaru, porucznik Robert Lee.
-No dobra, jaki plan działań?
-Odbijamy starówkę i koniec Warszawy.
-Chwila, że jak?
-Normalnie, 22 Pancerna uderzyła od tyłu, a 6 od zachodu, wschód zablokowaliśmy 13 Piechoty. Zostało tylko Stare Miasto i po ptakach.
-Spodziewany opór?
-Ciężki w cholerę, wszystko zwiało właśnie tam.
-No to pięknie, znowu jesteśmy w d...
-No niestety. Podwodniaka już poznałeś? - pyta się o wczorajszego niespodziewanego gościa.
-Z panem kapitanem my się znamy, był moim nauczycielem w liceum, trochę skurwielowatym .... ale mniejsza o to.
-W takim razie zbieraj ludzi, za godzinę mają być w pełnym uzbrojeniu na Nowym Świecie.
Rozbudzony przez kawę i jakże smaczny posiłek ruszam obudzić resztę ekipy.
-GOOOOOOOOOOOOOOOOD MORNING VIETNAM! - krzyczę przez krótkofalówkę.
-By cię szlag jasny! - rzuca w eter Kinga. Widzę jak cała dywizja zaczyna się schodzić, powoli, zaspani ... no cóż ostatnie dni były dość ciężkie, szczególnie dla nich. Piętnaście minut przed planowanym czasem rozpoczęcia akcji jesteśmy już na miejscu, całe szczęście mamy wsparcie dwóch dywizji pancernych, plus te 45 Shermanów, co przetrwały wczorajszą hecę, więc siłę przebicia mamy dość dobrą, nie licząc naszych transporterów piechoty.
-Jazda! - słychać okrzyk. Natychmiast ruszamy biegiem, tuż po wjeździe prowadzący Abrams zostaje trafiony pociskiem podkalibrowym, fart chciał, że zrykoszetował, ale odbił się w stronę drużyny ze 101 Powietrznodesantowej, rozrywając biegnącego na czele pułkownika Wintersa.
-Kurrr...! To się chłopak rozerwał! - słyszę głos Samanthy.
-Nie gadaj, tylko strzelaj po tych budynkach!
Po 20 minutach docieramy do Pałacu Prezydenckiego, obecnie zamienionego w małą fortecę. Cztery Shermany zostają zniszczone przy pierwszej próbie ataku.
-Cholera jasna! Kompanie B i C za mną! Zrobimy to po staremu. - dobiegamy do bocznego wejścia, szykuję już dwa granaty.
-Tylko uważaj na amunicję - mówi z uśmiechem Corspa
-Give me a break! Do trzech razy sztuka, może tym razem nie walnie - wrzucam je do środka. O dziwo tym razem słychać tylko dwa wybuchy i nic więcej. - A nie mówiłem?
-Głupi ma zawsze szczęście - już mam ochotę poczęstować Andoriankę soczystym "sp..", gdy nagle kilku wrogów otwiera do nas ogień.
-Kurtka wodna! - podrywam swój karabin i oddaję kilka strzałów, po czym odmawia mi on posłuszeństwa. - Cholera by to!
-Co jest?
-Zacięcie! Do bani z tym złomem! - rzucam moją bronią w stronę najbliższego Rosjanina, po czym strzelam mu w głowę z pistoletu. Wbiegamy do budynku, podnoszę jednego z leżących na ziemii "kałachów" i zbieram zapasową amunicję, czas go przetestować. Oczyszczamy kolejne pomieszczenia, aż docieramy do miejsca w którym znajdowało się biuro Prezydenta.
-Na trzy? - pyta Kinga.
-A skąd! - wykopuję drzwi i wymierzam w sylwetkę przy biurku. - Nadawaj rozkaz kapitulacji, już!
-Niet, ja nie mog ... - zaczyna, lecze uprzedzam jego wypowiedź i strzelam w sufit.
-Nadawaj! Bo ci łeb rozwalę!
-Dobra! Do wszystkich jednostek, wojny niet, zrobili my co trzeba!
Chwila relaksu, nareszcie odbiliśmy Warszawę, zajęło nam to co prawda rok, ale jednak było warto czekać, by widzieć tą radość na zewnątrz.
-Dziękuję ci, nie chciałem przelewać większej ilości krwi.
-Nie ma za co.