niedziela, 11 czerwca 2017

Świętowanie

20 sierpnia 2013. Warszawa, Polska.


-Ruchy! Za godzinę musimy być w Pałacu Prezydenckim! - pogania mnie Andrzej, podczas gdy ja mocuję się z odwiecznym wrogiem mężczyzn, od niezamierzchłych czasów.
-Nosz cholera jasna, zaraz mnie szlag jasny trafi ... Asia! Zawiążesz mi krawat?
-Tyle lat a jeszcze się nie nauczyłeś? Pokaż to - zawiązuje mi go w trzech szybkich ruchach - I proszę, było się tak trudzić?
-Co za cziter, tak się nie robi!
Całe szczęście dali nam jeszcze wczoraj odpocząć, ja po tej ostatniej akcji po prostu padałem z nóg i jeszcze ten widok rozerwanego przez pocisk pułkownika Ericha Wintersa ... aż mi się niedobrze robi na samo wspomnienie, od tego czasu jednak "Orły" nie miały swojego formalnego dowódcy, więc w papiery wpisałem siebie. My, żołnierze wojsko specjalnych musimy sobie pomagać, późnym wieczorem przyszła depesza od naszego dowódcy, 101 miała dostać nowego dowódcę w ciągu kilku dni, co później się oczywiście zweryfikowało, ale póki co z radością przyjąłem to do wiadomości. Nigdy nie lubiłem papierków, a tu miałem aż podwójną robotę za biurkiem do wykonania. Ale wracając do wizyty w Pałacu, prezydent Wrona (wybrali go chyba ze dwa dni temu) postanowił uhonorować jednostki, które jako pierwsze weszły do Warszawy, ale także i do Polski, a jak wiadomo, to my przebijaliśmy się jako pierw ... no dobra drudzy, akcji pancernych pod Wrockiem nie liczę, bo to była kompletna klapa ...
-Gotowi? - wchodzi do nas Corspa.
-Sekunda, klucze są, portfel jest ... chyba wszystko mam.
-Orzełka na kurtce byś zapomniał! - rzuca mi go Kinga.
-A ty co taka się miła zrobiłaś?
-Oj, przestań mi już to wypominać ciągle.
-Mowy nie ma.
-Dupek.
-Pistoletu nie bierzesz? - pyta Mikołaj.
-Jeszcze mnie posądzą o planowanie zamachu.
-Ciebie? Prędzej o próbę przewrotu wojskowego - śmieje się wspomniany, znając moje poglądy polityczne na obecny rząd.
-Bardzo śmieszne, jedźmy już, bo się jeszcze spóźnimy.

Dwie godziny później. Pałac Prezydencki, Warszawa, Polska.
-Teraz pragnę udekorować oficerów dowodzących jednostkami, które jako pierwsze wkroczyły na terytorium naszej ojczyzny, gdyż to oni, jako jedni z pierwszych po upadku, mieli najtrudniejsze zadanie do wykonania. To oni przelali krew, byśmy mogli być tutaj, w wolnej Warszawie. Kapitan Adam Kielski, kapitan Andrzej Latocha i kapitan Mikołaj Szalbierz. Wystąpcie panowie.
Wychodzimy na środek sali, wszystkie kamery kierują się na nas. Jako jedyny byłem przeciwny obecności mediów na tej uroczystości, ale co ja tam mogę. Po odebraniu odznaczeń wracamy do dość długiego szeregu.
-Orderem Odrodzenia Polski odznaczam generała Arnolda Eisenhowera i kapitana Adama Kielskiego, za ich wkład w trzy najważniejsze operacje, Szczecin, odbicie Tomaszowa Mazowieckiego, rodzinnego miasta kapitana, oraz właśnie Warszawę. - nie no, to już lekka przesada, z drugiej strony liczę na przynajmniej jeszcze jedno odznaczenie. Kiedy chcę już odejść zatrzymuje mnie jeszcze głowa państwa.
-Prosimy o pozostanie kapitanie, mamy jeszcze jedno odznaczenie do wręczenia i osobiście chcę, żeby to pan zadecydował o przyznaniu Virtutti Militari.
-Jeżeli miałbym podjąć taką decyzję, do bez wahania powiem ... kaptan Joanna Gałecka. Ale gdyby były dwa takie odznaczenia, drugie dałbym, pośmiertnie kapralowi Jamesowi Morrisowi.
-Uwzględnimy ten wniosek. Prosimy o wystąpienie panią kapitan Joannę Gałecką! - Asia zaskoczona wysuwa się z drugiego szeregu, nie liczyła, że cokolwiek dostanie więc ustawiła się właśnie tam.
-Nie musiałeś ... - mówi szeptem, a jednocześnie uśmiechając się szeroko.
-Na koniec - zaczyna prezydent Wrona - proszę o minutę ciszy dla poległych oficerów, jak i zwykłych żołnierzy, a w szczególności pułkownikowi Erichowi Wintersowi, pierwszemu oficerowi z USA, który na zawsze został w tej ziemi.
Po zakończeniu części oficjalnej, zostaliśmy zaproszeni na obiad. Oczywiście wszyscy jednogłośnie podjęliśmy decyzję o skorzystaniu z tego zaproszenia. Normalny posiłek był u nas na wagę złota, szczególnie po walce, gdzie jemy tylko konserwy z mięsem i jakieś batoniki energetyczne.
-Słyszałem o pana poglądach kapitanie, rozumiem, że nie będzie pan zbytnio popierał naszego rządu? - pyta prezydent, aż się zakrztusiłem herbatą.
-No nie, nie czas i miejsce na takie pytania! Co do poparcia, powiem tylko tyle, jeżeli wasza praca będzie bez zarzutów, to może i poprę.
-Ale poglądów pan raczej nie zmieni?
-No way. Zawsze będę po lewo, ale w centrum. - Asia niemalże parska śmiechem, pamiętając moją sławetną wypowiedź do Wojciecha Gatowskiego w liceum.
-Rozumiem, ale cóż zrobić, każdy może mieć własne zdanie.
-Mam taką nadzieję.
Nagle do pokoju wpada jeden z ministrów.
-Witam panów, Andrzejku, na słówko proszę.
-Wybaczcie państwo. - wstaje i odchodzi. Po jego wyjściu prawie natychmiast wybuchamy donośną śmiechawką.
-Polityczny jak diabli, jeszcze cię udupi, zobaczysz. - zwraca mi uwagę Arnold.
-Myślisz, że o tym nie wiem? - nagle dzwoni mój telefon. - kogo diabli niosą? Ki czort?
-Dobrze wiem gdzie jesteś kapitańciu. - normalnie zamieram, jak on ... - Dam ci dobrą radę, bierz dupę w troki, bo się rozerwiesz.
-Co ty pieprzysz?
-Na miliard kawałków, a może i więcej. Aha, macie w ekipie wtykę, have fun! - zakańcza połączenie.
-Kto to był?
-Sam zgadnij. WSZYSCY Z BUDYNKU, JAZDA!
-Co jest?
-Bombowo, tylko cholera wie gdzie.
-A kto?
-A jak myślisz Corspa?
-Nosz ja p...
-Zabierzcie pracowników i kogo tylko dacie radę, ja zajmę się prezydentem i tym ministrem.
-A może by go tak nie ratować? - sugeruje Mikołaj.
-I polecę za przygotowanie zamachu. Porąbało cię?
-Totally worth it.
-Nic z tego.
Biegnę w kierunku pomieszczenia do którego udała się owa dwójka, wchodząc do środka zastaję niecodzienny widok ... obydwaj są już dość nieźle wypici.
-No rzesz ja p...!
-T...tylko nnn...ie zzzzza mmmoccnnoo - mówi prezydent.
-KURWAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - wydzieram się na cały głos. Na ten okrzyk jak gdyby na wezwanie pomocy przybywa dwóch oficerów BOR.
-Co się dzieje? - pyta starszy stopniem.
-Nie ma czasu na wyjaśnienia! Bierzcie tych dwóch i na zewnątrz! MIGIEM!
Może i bym się roześmiał ze względu na zawartą nazwę samolotu, ale trzeba zachować powagę sytuacji. Na lądowisku stoi stary wysłużony UH-1 Huey. Normalnie śmiać mi się chcę jak widzę takiego rzęcha, ciekawe ile ma lat na karku, pięćdziesiąt? Ale z drugiej strony jest uzbrojony w rakiety, czyli w razie czego możemy się bronić. Uruchamiam silniki, które zaskakująco szybko nabierają mocy ... a może to nie taki gruchot? Po starcie wznoszę się na 500 metrów i nagle dostrzegam lecące w naszą stronę dwa Mi-24 "Hind", chyba nie mają przyjaznych zamiarów.
-Trzymajcie się! Czas się trochę zabawić! - gwałtownie zmieniam kurs, kierując się pomiędzy nich, namierzam pierwszego i wystrzeliwuję cztery rakiety, wrogi śmigłowiec natychmiast robi unik, lecz ostatni pocisk zahacza o jego ogon, dosłownie wyrywając go. Widzę jeszcze jak spada, kręcąc się wokoło, po czym słyszę alarm namierzania.
-O nie! Ja się tak nie bawię! - gdy tylko ostrzeganie zmienia się w ciągły sygnał wykonuję jak najbardziej prawidłową pętlę. Dwie rakiety mijają nas o centymetry.
-YIIIIIIIIIIIIIIIIIIHAAAAAAA! Marine style! - odwracam się i widzę moich pasażerów, już nieco zzieleniałych.
-Co macie na obiad? - pytam się ze śmiechem, w odpowiedzi słyszę tylko charakterystyczny odgłos ... cóż, Wrona i ten minister przetrzeźwieją nieco. Wrogi Hind zamiast zaatakować tylko czeka, ciekawe na c...
-OSZ KURWA! - krzyczę widząc zbliżający się pocisk z wyrzutni przeciwlotniczej. Na UH-1 ciężko jest zrobić szybki manewr uniku w bok, więc chcąc nie chcąc rakieta trafia nas prosto w ogon.
-Trzymajcie się! - wrzeszczę, jednak zderzenie z ziemią jest nieuniknione, nagle czuję uderzenie czymś twardym prosto w głowę i robi mi się ciemno przed oczami.