sobota, 20 sierpnia 2016

Ostatnia zemsta

7 września 2013. Baza Marynarki Wojennej w Gdańsku.
-To jak to z tą Aurorą było?
-Cóż ... wykryliśmy ją, oddaliśmy salwę z armaty, oberwaliśmy ośmioma pociskami, po czym wystrzeliliśmy Harpoony.
-W raporcie napisaliście że salwa z armaty trafiła w kadłub. Skąd więc ta rozbieżność w raporcie pana oraz pierwszej oficer?
Aż mnie zamurowało. Że jak? Czy ta idiotka napisała prawdę?
-Nie rozumiem.
-Już wyjaśniam. Cytując raport komandor-porucznik Corspy "Salwa z armaty kalibru 76mm trafiła Aurorę prosto w komin, uszkadzając maszynownię okrętu" - szit szit szit! Mogłem się domyślić!
-Zapewniam pana, komin to też częś kadłuba ...
-Mniejsza o to. I tak zatopiliście wrogi krążownik, a to się liczy. Wasz okręt i tak nie nadaje się narazie do niczego. Remont potrwa około dwa, góra trzy tygodnie. Do tego czasu macie wolne.
-Tak jest. Proszę o zgodę na odejście.
-Udzielam.
Zwijam się z biura admirała Shane'a szybciej niż brytyjczycy spod Dunkierki. Strasznie sztywny z niego typ. Moja załoga czeka na mnie koło uszkodzonego okrętu.
-No ekipo, fajrant. Kościuszko idzie do remontu, a my mamy wolne.
-HURAAAAAAAA! - Chryste panie, moja głowa. Choć niektórym się nie dziwię. Poza Kingą, Corspą, Scottym, Ashley i mną, załoga nie schodziła na ląd od około miesiąca. Godzina na lądzie, kiedy to przejmowałem okręt się nie liczy. Za wycieraczką swojego Jeepa zauważam kartkę.
"Wiem że ją lubisz. Jak chcesz żeby żyła to przyjedź do opuszczonych bunkrów pod Kołobrzegiem." - O k***a mać. Że co? To już przegięcie na całej lini. Oczywiście odrazu wskakuję do auta. O kogo u licha chodzi? Odkrywam przykryte brezentem tylne siedzenie, na którym przemyciłem karabin M16A1. Odpalam silnik.
-Dokąd to?
Odwracam się, wiedziałem, Corspa.
-Na urlop. A co, już nie można na spokojnie pojechać?
-Nie kiedy otwiera się nieznaną kopertę. Jadę z tobą.
-A mnie ma ominąć zabawa? Też się piszę.
-Kinga, do cholery. To nie twój interes.
-Może i nie mój, ale pilnować cię muszę.
-Chwila, chwila. Spiskowanie bezemnie?
-Ashley ...
-Nie i koniec. Jadę z tobą.
-Jak chcecie dziewczyny. Ostrzegam, może być niebezpiecznie.
-Właśnie to lubimy.
-Ehhhh by was szlag. Kiedyś mi za to głowę urwią.
2 godziny później. Opuszczone bunkry pod Kołobrzegiem.
Idę na miejsce spotkania wraz z Corspą, w pogotowiu trzymając swojego M16. Kinga i Ashley osłaniają nas ze wzgórza.
-Widzę że przyprowadziłeś koleżankę, bardzo dobrze. - aż włos mi się na głowie zjeża. Jakim cudem ...
-James Wyatt, mogłem się spodziewać.
-Dokładnie poruczniku, mogłeś. Lecz jednak zawaliłeś sprawę. Nie domyśliłeś się o kogo chodziło.
-Ni cholery. Może zdradzisz?
-O nią. - mówiąc to strzela do Corspy.
-Ty skurw... - już startuję do niego, jednak jest szybszy.
-Ani kroku dalej, bo skończysz jak Andorianka. Taaaak, nareszcie mam cię samotnego, pośrodku lasu.
-Wyjaśnij mi jedną rzecz. Jakim cudem żyjesz? - postanawiam grać na zwłokę.
-Mówi ci coś nazwa "pancerz podskórny"? Nigdy nie uda ci się mnie pokonać.
-Nie bądź tego taki pewien. - mówię z wściekłością.
-Cóż, powiedziałem ci już wszystko. Czas się pożegnać. - widzę jak unosi swoją broń.
-Nie tak prędko! - odzywa się głos Ashley.
-A jednak nie sam. Będzie zabawa, graj muzyko!
Szybka seria z mojego karabinu tylko go lekko odrzuca. Widzę jak Ash zbiega po stoczu wzgórza z ... amerykańską bazooką z II Wojny! No to będzie jazda. Tym samym czasem odzywa się lekki karabin maszynowy Kingi.
-I tak mnie nie pokonacie. Dobrze o tym wiecie.
-Wyatt? - odwraca się za siebie, tylko po to żeby zobaczyć Corspę z wymierzonym w niego podwieszonym granatnikiem M240. - Poczęstuj się tym. - wystrzał i wybuch ogłusza nas wszystkich. Z Wyatta dosłownie zostają strzępy. Corspa pada, szlag by to jasny! Dobiegam do niej. Szit szit szit! Nie jest za dobrze. Prawdopodobie przestrzelone płuco, o ile się nie mylę.
-Tośmy Wyatta usiekli ... kuźwa ...
-Leż! Nie ruszaj się!
-Nic mi nie jest. To tylko mała ranka ...
-Już to widzę. Ash! Dawaj tu apteczkę i bandaże! Kinga, leć po Jeepa! - rzucam jej kluczyki. Na szybko obandażowujemy postrzał. Jeep zatrzymuje się z piskiem opon dosłowie przed moim nosem. Już stąd widzę zbliżający się oddział spadochroniarzy.
-Dziewczyny, weźcie chłopaków i ogarnijcie teren. Mógł mieć wspólników.
Sam podnoszę Corspę i układam ją na tylnym siedzeniu auta, po czym wskakuję za kółko i ruszam w stronę Gdańska. Po drodze zatrzymuję tylko ten batalion spadochroniarzy.
-Porucznik Bernard McAulife. Słyszeliśmy strzały, nic wam nie jest?
-No nie do końca. Ale możecie pomóc. Przy bunkrach znajdziecie dwie osoby. Pomożecie im przeczesać teren.
-Zrozumiałem. Pędź prosto do Gdańska.
-Dzięki.
Wyciskając z tego starego Jeepa siódme poty udaje mi się dotrzeć do bazy w niecałą godzinę. Zanoszę półprzytomną Corspę do szpitala. Dałem się wkręcić jak ostatni debil. Cholera jasna. Nie daruję sobie jeśli ona tego nie przeżyje. Pal sześć wszystkie zatargi! Jest przecież tymczasowo moją podwładną i takim samym żołnierzem jak ja!

środa, 3 sierpnia 2016

Nieoczekiwana pomoc

Od Autora : Chyba jednak te opowiadania zostaną wydane, znalazłem bowiem stronę zajmującą się promowaniem młodych pisarzy i wydawaniem ich prac, poniżej zaś możecie zobaczyć waszego ukochanego autora szturmującego jedno z pomieszczeń :) W planach mam : Zakup spodni do tego munduru, zakup pagonów z rangą kapitana oraz kilka naszywek : Marynarki Wojennej RP, półokrągłą naszywkę z napisem Polska, oraz jedną na rzep, którą będę mógł przyczepić do swojej kamizelki taktycznej. Wszystko po to abyście mogli zobaczyć jak mógłby wyglądać główny bohater, którym, czego nie ukrywam jestem ja. Zapraszam do czytania i komentowania! :) ~Adam.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------



6 września 2013. 25 km na północny-wschód od bazy w Gdańsku.
-Mamy łączność z kimkolwiek?!
-Niestety nie, antena sprawna, nie wiem co z okablowaniem wewnątrz okrętu.
-Szlag by to trafił. Czyli jesteśmy ślepi, głusi i kulawi.
-Nie no aż tak źle to nie jest. Ślepi nie jesteśmy bo radar działa. Ale turbin już raczej nie uruchomimy.
No i dupa blada, czyżby tak miała się zakończyć moja przygoda z marynarką wojenną? Nie, nie może być. Nie na mojej wachcie!
-Schodzę na dół. Zobaczymy co tam słychać. Corspa, przejmujesz mostek.
-Przyjęłam.
Wstaję z fotela i nagle zupełnie bez ostrzeżenia moja zraniona noga odmawia posłuszeństwa. Zanim jednak upadnę, szybkim ruchem ręki, zdołała mnie podtrzymać nie kto inny jak moja pierwsza oficer.
-Nie trzeba było, nic by mi się nie stało.
-Taaaa, na pewno. Nie chcę później dostać bęcki od Asi. - chwila, chwila, że co? Od kiedy to Corspa obawia się kogoś innego? A zresztą ...
-Dobra, dobra. Ogarnę tylko co w maszynowni słychać i zaraz wracam.
Ostrożnie stawiam nogi na schodach, mimo to każde stąpnięcie prawą nogą wywołuje kolejną falę bólu. Że też musiał mieć półcalówkę, jakby nie mógł posiadać czegoś mniejszego, np. Colta kaliber .45, albo choć popularną "dziewiątkę", czyli Berettę M9 kalibru 9mm. Mniejsza z tym. Docieram do maszynowni i ... o kurtka wodna!
-Mongomery Scott ... oczom nie wierzę, jakim cudem ...
-Wyłapaliśmy wasz sygnał SOS, no i Jim postanowił zignorować wszystkie rozkazy.
-To gdzie do diabła Enterprise?
-Ukryliśmy go na dnie oceanu, co prawda mówiłem że słona woda osłabia poszycie, ale i tak kapitan to zignorował. Mówił że bardziej opłaci się wykrycie naszego okrętu, niż wasze zniszczenie.
-Zawsze był takim ignorantem?
-Za...
-Nie musisz odpowiadać, to było pytanie retoryczne. Melduj co z turbinami.
-Generalnie to z nimi nic, ale jeden z wałów napędowych szlag jasny trafił, a drugi jest pęknięty.
-No i w p... iśmy dopłynęli. - zacytowałem "Killerów 2-wóch".
-Nie dokońca, udało mi się częściowo nadlać pęknięcie. Turbina nr.2 może pracować z około 60% mocy nominalnej.
-A na prędkość może byś tak przełożył?
-Około 10-12 węzłów.
-Chwila, chwila przecież ... - zaczynam pytanie, bardzo zdumiony. Na 1 turbinie tyle nie da się osiągnąć, zabraknie mocy.
-Trochę podciągnąłem jej parametry, ta samo drugiej. Tyle że tamta ma rozwalony wał.
-Scott, jest pan geniuszem. Wracam na mostek.
Powoli wspinam się po schodkach na górę, już z tąd dobiega mnie głos operatora radaru.
-Wrogi samolot, namiar 234, odległość 7km. Zbliża się!
Dosłownie wskakuję na mostek i biegnę na pomost bojowy, zapominając o bólu.
-Mam go. O w mordeczkę, to MiG-21! Nie strzelać do niego! Kinga, co z tym cholernym radiem?
-Działa, podpięłam się bezpośrednio do anteny.
-Tu okręt Kościuszko, do MiG-a 21. Odleć albo otworzymy ogień.
-Bliadź, to ty Adam?
-Nie, sam diabeł Dimitrij. Odlatuj bo cię jeszcze Szalbierz namierzy.
-To powiedz gdzie Aurora. Miałem ją znaleźć.
-Zatopiona, jakieś 600-700m od naszej burty. Zwiewaj już.
-Dobra dzięki, przy okazji gratulacje. Zatopiłeś najpotężnieszy okręt.
-Spier...
Widzę jak Dimitrij macha skrzydłami na pożegnanie po czym odlatuje. Nareszcie spokój.
-Sternik, kurs na Gdańsk, prędkość 10 węzłów.
-Kurs 125, 1/4 naprzód, tak jest!
To będzie długa droga, żeby tylko nic nas nie zaskoczyło.